*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 19 grudnia 2014

Wyprawka skompletowana.

Miesiąc temu dokonaliśmy pierwszego tasiemcowego zakupu, czyli wózka. Parę dni później dojrzałam wreszcie do tego, żeby usiąść na spokojnie i zrobić listę wyprawkową. Najpierw przejrzałam kilka dostępnych mi źródeł. Później wzięłam średnią z tego wszystkiego co wyczytałam i w moim specjalnym zeszyciku (w którym swego czasu zapisywałam ślubne wydatki i sprawy do załatwienia) zrobiłam swoją własną listę. A właściwie kilka, bo jedna dotyczyła rzeczy dla mnie, inna rzeczy dla dziecka, przy czym były one jeszcze podzielone na kilka kategorii - między innymi na zakupy pilne i mniej pilne, ubrania i kosmetyki, akcesoria większe i mniejsze. 
Dopiero w trakcie trwania ósmego miesiąca ciąży wybraliśmy się na pierwsze zakupy "dzieckowe" i dojrzeliśmy do tego, żeby przejrzeć ubrania, które dostaliśmy w spadku po Chrześniaczce i jej siostrze. Szybko nam poszły te zakupy. Ubrania kupowaliśmy w Pepco, Tesco i Lidlu, bo było po prostu najtaniej. W większość akcesoriów i kosmetyków zaopatrzyliśmy się w Tesco, ale zakupy robiliśmy też w Carrefour. Resztę zamówiliśmy w internecie. Zaczął się już dziewiąty miesiąc i my mamy już wszystko z głowy, łącznie ze spakowaniem toreb do szpitala. No, niemal wszystko, bo pisałam Wam, że materaca do łóżeczka jeszcze nie mamy, ale moglibyśmy mieć, tylko świadomie ten zakup odłożyliśmy. Jeszcze nie zdecydowaliśmy się do końca na rodzaj materaca ani na to, czy kupimy go przez internet, czy w sklepie. W okresie świątecznym chcemy po prostu zajrzeć jeszcze do jednego sklepu w Poznaniu i wtedy ostatecznie zdecydować - a przez internet na razie nie ma sensu zamawiać, bo nie będzie nas w domu przez tydzień, a więc byłby problem z odbiorem od kuriera. Niemniej jednak temat wyprawki traktujemy jako zamknięty, bo ten materac to już w zasadzie drobiazg - można go kupić w każdym momencie.
Nie licząc wyprawy po wózek, ograniczyliśmy się do trzech wypadów na zakupy plus jednego wirtualnego, uważam więc, że poszło nam to naprawdę bardzo sprawnie i nie zdążyło nas to zmęczyć :) Lubię konkrety - a więc nie było za wiele łażenia, oglądania, zastanawiania się ani rozwlekania w czasie. Jak wiecie zaczęłam od przygotowania miejsca w szufladach, gdy już było, powstała lista, z którą udaliśmy się na zakupy. I załatwione :) Jestem naprawdę zadowolona, bo cel został zrealizowany. Zakładałam, że przed świętami będziemy mogli już zapomnieć o temacie i w zasadzie się udało. Nawet już wszystko wyprałam i wyprasowałam.
A na koniec jeszcze dodatek dla chętnych, tudzież wersja obrazkowa dla leniwych, którym nie chce się czytać notki:)

Tasiemcowe ciuszki: - rozłożone to te, które kupiliśmy sami, bądź które zakupiła moja mama, w której też obudził się babciny instynkt (o dziwo stało się to również dopiero w połowie ósmego miesiąca mojej ciąży :) wiadomo, że sroce spod ogona nie wypadłam :)). Reszta to ubrania, które dostaliśmy od brata Franka po jego córeczkach - oczywiście dokonaliśmy selekcji i to, co różowe zostało kategorycznie przez Franka odrzucone jako niegodne :) Swoją drogą strasznie mnie wkurzają te głupie kolorystyczne podziały. Staram się wybierać ubrania w kolorze innym niż niebieski, ale czasami nie jest to łatwe. Jednak znaleźliśmy ostatnio sklep, w którym były ciuchy w pięknych kolorach (takich kolorowych :P) i nie kojarzących się jednoznacznie z płcią, więc na urodziny coś tam jeszcze Tasiemcowi kupimy, bo jest jednak trochę drożej. (albo powiemy dziadkom, gdzie są fajne ubranka dla Tasiemca, gdyby mieli dużą ochotę na jakiś prezent :P)
 
 Tutaj jeszcze raz to samo, ale w wersji złożonej. Nadmienię, że to jeszcze przed praniem i prasowaniem. Po tych czynnościach udało się upchnąć w dwóch małych szufladach :)
 
 Wszystko razem wzięte - garderoba plus kosmetyki i inne akcesoria. To duże pudło to bujaczek, który również dostaliśmy od brata i bratowej.

A tu się Tasiemiec suszy:
 

Niestety dziecię nasze nie będzie w gronie tych szczęśliwców, którzy mają własny pokój. Dostał w przydziale tylko tyle miejsca plus jeden segment z pięcioma szufladami. Musi się tym zadowolić. Sorry Młody, ale przestrzeń przydzielana jest wprostproporcjonalnie do wzrostu. Taki mamy klimat, czy jakoś tak... Czyli, że nie mamy klimatu dziecięcego pokoju. Ja też nie miałam własnego pokoju, z łóżeczka miałam widok na regał z książkami mojego wujka historyka. Na złe mi to nie wyszło.

Łóżeczko i przewijak również sprezentowane. Miejsce do spania skręcił Franek razem z moim tatą, który był u nas dwa tygodnie temu w delegacji. Znaczy się w delegacji to był w ministerstwie, u nas tylko spał :) I skręcał łóżeczko... 
Myślałam, że będzie mi bardziej przeszkadzało, ale okazało się, że między łóżkiem a łóżeczkiem jest wystarczająco dużo przestrzeni, żebym nie poobijała sobie do cała piszczeli i generalnie tasiemcowe łoże służy nam chwilowo za graciarnię (choć staram się nad tym odruchem wrzucania tam tego, co popadnie panować :)) Ale chyba już się o dziwo przyzwyczailiśmy do nowego mebla. Ciekawe jak długo zajmie nam przyzwyczajanie się do jego zawartości. Późniejszej, nie teraźniejszej, bo to, co tam widać to wanienka, dwa prześcieradła, dwa kocyki i jeden ręcznik.


I jeszcze resztka wyprawki - razem z opisanym ostatnio monitorem oddechu, a także jedynym impulsywnie zakupionym ubrankiem, bo akurat w Pepco było za 5 zł i nie było niebieskie :D

 Dziękuję za uwagę, więcej tasiemcowych zakupów nie przewidujemy do momentu pojawienia się rzeczonego na świecie. Jak już będzie to nam powie, czego sobie życzy :D

czwartek, 18 grudnia 2014

Niepotrzebny zakup?

Nie ma zbyt wielu osób, z którymi rozmawiałabym na temat wyprawki dla Tasiemca, ale z kimkolwiek bym nie rozmawiała, powtarza się zawsze jedno zdanie "i tak na pewno kupicie coś, co okaże się niepotrzebne" :) No i przyznam, że trudno mi w to nie uwierzyć :) Bo przecież mimo wszystko - pomimo wszelkich list i zaleceń, działamy na razie trochę po omacku, więc wydaje mi się chyba naturalne, że człowiek lubi się czasami zabezpieczyć na wyrost. 

Mamy kilka takich wyprawkowych list - ze szkoły rodzenia, z internetu, z książki. Ale i tak nie trzymamy się ich sztywno. Nie kupiliśmy wszystkiego, co jest tam wymienione, po prostu zastanowiliśmy się, co na pewno będzie potrzebne "na już", a z czym będzie można poczekać. Przecież teraz żyjemy w takich czasach, że w każdym momencie można do sklepu wyskoczyć, a my z okna mamy widok na Tesco 24h, a na przeciwko naszego bloku jest apteka. Dlatego też z wielu rzeczy na razie zrezygnowaliśmy i po prostu zobaczymy, co faktycznie będzie potrzebne. Bo przecież w każdej rodzinie i u każdego dziecka sprawdza się coś innego. I tak u jednej znajomej pary niepotrzebny był laktator, u innej sterylizator do butelek, u jeszcze innej podgrzewacz albo aspirator. Akurat żadnej z tych wymienionych rzeczy nie mamy ;), ale pewnie okaże się, że zaopatrzyliśmy się w jakąś inną rzecz, która teraz wydaje nam się ważna, a potem będzie zbędna.

Na tę chwilę jest jedna rzecz, o której myślę, że jest niepotrzebna, ale jednak po długich przemyśleniach zdecydowaliśmy się na jej zakup... Kupiliśmy monitor oddechu dziecka. Niemały to wydatek i dlatego właśnie zastanawialiśmy się (zwłaszcza ja), czy ma sens, ale ostatecznie, jak już się za dużo zaczęłam nad tym zastanawiać, to stwierdziłam, że lepiej, żeby ten wydatek okazał się absolutnie zbędny, niż gdybym kiedyś miała sobie wyrzucać, że szkoda mi było na niego pieniędzy i doszło do tragedii.

Pierwszy raz o monitorze oddechu usłyszeliśmy na kursie pierwszej pomocy. Bo o zespole nagłej śmierci łóżeczkowej oczywiście słyszeliśmy już wcześniej, ale na kursie dowiedzieliśmy się na ten temat trochę więcej. Nie, absolutnie nikt nas nie straszył. Ratownik po prostu podał dane (które wcale nie były jakoś szczególnie zatrważające, choć gdy sobie człowiek zda sprawę z tego, że za każdą cyfrą kryje się czyjś osobisty dramat to już się takie stają) i powiedział, że przyczyny nie są do końca znane oraz że zdarzyły się przypadki, kiedy taki monitor oddechu spełnił swoją rolę i uratował jakieś dziecko, choć oczywiście jeszcze częściej nic złego się nie działo.
Wtedy przeszło nam przez myśl, że może warto w coś takiego zainwestować - tak dla świętego spokoju, ale to była tylko czysto hipotetyczna myśl. Temat powrócił tydzień temu, kiedy zamykaliśmy już listę zakupów. Zapytałam Franka, co robimy i on stwierdził, że będzie spokojniejszy, jeśli będziemy ten monitor mieli. Ja się długo wahałam - szukałam w internecie informacji na ten temat, ale niespecjalnie mi to pomogło, bo znalazłam wiarygodne artykuły zarówno "za" jak i "przeciw". 
Prawda jest taka, że jeśli chodzi o takie sprawy, to Franek jest u nas większym panikarzem (ma to chyba po tacie:P) :) Chociaż wcale nie narzekam, bo dobrze, że myśli o takich rzeczach. To on sprawdza po sto razy, czy wszystko jest powyłączane, to on boi się zapalać świeczki, zastanawia się, gdzie może dojść do zwarcia, zakręca wszystkie kurki przed wyjazdem itp. 
Myślę, że też duży wpływ na jego decyzję miało zachowanie jego brata, bratowej i mamy bratowej po tym, jak urodziła się Chrześniaczka. To już naszym zdaniem grube przegięcie było, bo oni w ogóle są na punkcie swoich dzieci zeschizowani trochę, ale wyobraźcie sobie, że przez pół roku oni dyżurowali przy łóżeczku na zmianę dosłownie każdej nocy! I pilnowali, czy dziecko oddycha. Wiele razy nam opowiadali o tym, jakie to było męczące. Ale jednak nie spali, tylko czuwali. To już podchodziło pod paranoję, ale Franek powiedział, że woli kupić takie urządzenie, niż miałoby się okazać, że jemu też odbije i nie będzie mógł spać po nocach, bo będzie się zastanawiać, czy dziecko oddycha - zwłaszcza, że ma takie, a nie inne godziny pracy.
Poza tym w rodzinie Franka - dalszej co prawda, ale jednak robi wrażenie - był właśnie taki przypadek, że niemowlę umarło we śnie i właściwie nie wiadomo dlaczego.
Znając siebie oraz moich najbliższych, jestem zazwyczaj bardzo przezorna, ale raczej bym nie panikowała. Pewnie nawet do głowy by mi nie przyszło takie czuwanie. Ale jak już się temat pojawił i zaczęłam o tym myśleć, to oczywiście różne rzeczy do głowy mi przychodziły i raz zasiane w umyśle ziarenko niepokoju trudno było ot tak po prostu wymieść. Dlatego skapitulowałam. Mamy monitor oddechu. Nadal sądzę, że pewnie obeszlibyśmy się bez niego, ale można powiedzieć, że zapłaciliśmy za spokojniejszy sen (nasz :)). I jeśli okaże się, że zakup jest niepotrzebny, to w tym wypadku akurat bardzo dobrze :)