*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 26 grudnia 2014

Trochę słodsze święta.

Jesteśmy już w Poznaniu. Niestety, nie wiem co się stało, ale internet tutaj pozostawia wiele do życzenia :/ Jak się jutro nie poprawi, to chyba będę musiała sobie zrobić kilkudniowy odwyk, bo niesamowicie mnie irytuje jego tempo i oporność:/

A tymczasem, wreszcie mogę napisać jakieś dobre wieści odnośnie mojej cukrzycy. Wychodzi na to, że dieta wigilijno-świąteczna jak najbardziej mi służy! Fakt, że ten najgorszy cukrzycowy czas minął już parę tygodni temu - chociaż niedawno trochę się rozregulowałam i zaliczyłam kilka niepokojących pomiarów. Niemniej jednak obawiałam się bardzo Wigilii i tego, jak mój organizm to zniesie. A tu miła niespodzianka!

Podczas wieczerzy wigilijnej zjadłam właściwie wszystko to, co zawsze. Może w nieco mniejszych ilościach - ale ja w ogóle już od dłuższego czasu tak bardzo przyzwyczaiłam się do mniejszych porcji, że chyba skurczył mi się żołądek. Odstępstwem od tradycji było to, że wypiłam jeszcze chyba ze trzy szklanki kefiru i wszystko zagryzłam kawałkiem surowej kapusty (to była moja surówka - organizm lepiej trawi glukozę, kiedy dostarcza mu się świeże warzywa oraz produkty białkowo-tłuszczowe). Bardzo się tym najadłam i bałam się, jak będzie wyglądał mój cukier, ale był bardzo dobry!

Wczoraj i dziś po każdym z głównych posiłków to samo! W nagrodę nawet pozwoliłam sobie na coś słodkiego... Nawet dużo (wziąwszy pod uwagę fakt, że nie jadłam słodyczy od dobrych trzech miesięcy) - zjadłam kilka łyżek kutii, dwa ciasteczka (z mąki razowej), pierniczka, odrobinę czekoladowego Mikołaja i dwa cukierki z choinki. Zasłodziłam się. Totalnie się zasłodziłam! Ale miałam też ogromne wyrzuty sumienia, że przesadziłam. Jednak zmierzyłam cukier i... przekroczyłam normę tylko o jeden! Nie wiem, czy tak dobrze wpływają na mnie święta, dom rodzinny, czy może końcówka ciąży sprawia, że jest już po prostu dużo lepiej (a to ostatnie oznaczałoby ogromne szanse na to, że potem moja gospodarka węglowodanowa wróci do normy po porodzie)? Grunt, że jest bardzo dobrze! To jest niesamowite, jak bardzo mi się poprawiło w porównaniu do tego, co było jeszcze półtora miesiąca temu - kiedy to cukier podnosił mi się po normalnych, zdrowych posiłkach. Teraz nadal się bardzo asekuruję, już tak z przyzwyczajenia, a potem jestem zaskoczona, że poziom cukru mam prawie taki, jak na czczo :) Ale cały czas jestem bardzo podejrzliwa i czujna - prawie przed każdym pomiarem się stresuję i czekam, kiedy zobaczę zbyt wysoki poziom cukru... Zobaczymy, jak sytuacja będzie się dalej rozwijała, ale cieszę się, że świąt nie przegłodowałam i nie musiałam tylko wodzić tęsknym wzrokiem za pysznościami. Jak już wspomniałam - nawet po tej trzymiesięcznej przerwie cosik słodkiego skubnęłam i jest mi z tym błogo :)
Ale naprawdę do niejedzenia słodyczy można się przyzwyczaić i można z tym żyć - chociaż oczywiście dużo łatwiej jest, gdy jest to nasz świadomy wybór a nie przymus. Dlatego myślę, że będę starała się tego elementu diety przestrzegać nawet jeśli okaże się, że cukrzycy już nie mam - to jednak dobry nawyk. Nie żebym miała zamiar przestać jeść słodycze, po prostu starałabym się, żeby to było już naprawdę od czasu do czasu i nie jako łatwo dostępna przekąska, a raczej coś w rodzaju wyjątkowego dogodzenia sobie :)
Moim zdaniem dużo trudniej jest zrezygnowanie z innych produktów zawierających węglowodany - nawet złożone. Mam na myśli na przykład makarony, pieczywo, produkty mączne. Jakby nie było są to artykuły, które powinny stanowić podstawę piramidy żywienia i dlatego tak trudno zastąpić je czymś równie sycącym. Dlatego liczę na to, że jeśli ta cukrzyca naprawdę po ciąży ustąpi, to nie będę musiała już aż tak przejmować się tym, żeby nie zjeść na obiad więcej niż jednego dużego ziemniaka. A część nowych - dobrych nawyków żywieniowych przez ten czas tak bardzo weszła mi w krew, że raczej się będę ich trzymać (a nawet będziemy, bo Franek w dużej mierze stosuje tę dietę razem ze mną) i dzięki temu ograniczę ryzyko zachorowania na cukrzycę typu II. W grupie ryzyka będę już zawsze, ale staram się pocieszać tym, że nigdy mój sposób odżywiania się nie był jakiś tragiczny. Owszem, lubiłam zgrzeszyć, lubiłam (lubię nadal) niezdrowe jedzenie, ale mimo wszystko jadałam je sporadycznie, a na co dzień odżywiałam się raczej rozsądnie i przede wszystkim regularnie.

Ale na razie to tylko gdybanie - pozwoliłam sobie na nie podniesiona na duchu tym, co ostatnio powiedział mi lekarz oraz ostatnimi pomiarami. Jak będzie tak naprawdę okaże się - najpierw za jakiś miesiąc, kiedy to już powinnam być po porodzie, a później wczesną wiosną, gdy będę musiała wykonać ponownie test obciążenia glukozą (którego wyniki będą dla mnie niczym wyrok)...
A święta się już skończyły, choć okres świąteczny jeszcze nie :) Jednak w tym roku trochę inaczej do tego podchodzę i nie jest to dla mnie aż tak bardzo przykre. Ale o tym następnym razem - o ile internet mi się nie zbuntuje!


środa, 24 grudnia 2014

Ostatnie takie święta po raz drugi

Bo już kiedyś pisałam notkę pod takim tytułem - była to ostatnia świąteczna notka przed ślubem :)
Tasiemiec ma trochę przechlapane, że się nie załapie już na prezenty w tym roku, za to my jeszcze mieliśmy o jeden prezent mniej :P Oj tam, wystarczy tych prezentów, bo przecież w ostatnim miesiącu sporo nowych rzeczy dostał :)
Tak, czy inaczej, kolejne święta będą już na pewno zupełnie inne, bo dołączy do nas zupełnie nowy członek rodziny. W dodatku będzie nim dziecko, dla którego wszystko będzie nowością i to przecież od tych wspomnień, które będzie zbierał co roku, będzie zależało w dużej mierze to, jakie później będzie miał podejście do świąt i tradycji. 
Tasiemiec za rok będzie już nawet całkiem kumaty. Nie tak, jak bym chciała co prawda ;), ale coś tam już sobie w tej swojej małej łepetynce będzie kodował pewnie, choć będzie to jeszcze proces nieuświadomiony. Ciekawa jestem bardzo tych przyszłych świąt. A przede wszystkim tego, gdzie je spędzimy, bo boję się, że się kiedyś Franek zbuntuje i będzie chciał na Wigilię pojechać do swoich rodziców, podczas gdy dla mnie jest to w tym momencie coś zupełnie nie do pomyślenia - a już zwłaszcza myśl, że moje dziecko nie miałoby uczestniczyć w takiej Wigilii, jakiej ja zawsze doświadczałam.
Przyznam, że nawet przez chwilę chodziła mi po głowie myśl, żeby może wobec tego w tym roku pojechać najpierw do Poznania, a później do Miasteczka. Po pierwsze dlatego, że i tak w tym roku za bardzo sobie nie pojem, więc brak typowych wigilijnych potraw (tych dla mnie) nie byłby aż tak dokuczliwy i jakoś bym to inne miejsce i dziwne jedzenie przeżyła. Po drugie - ponieważ, jeśli miałabym już wybierać, to wolałabym pierwszą Wigilię Tasiemca spędzić w Miasteczku kosztem tej, podczas której siedzi jeszcze "w gnieździe", jak to Franek określił. Powstrzymywała mnie tylko myśl, że naprawdę nie mam pojęcia, co będzie za rok, gdzie będziemy wtedy żyli, czy i gdzie będziemy pracowali i czy będziemy mieli w ogóle możliwość wyjazdu. A jeśli nie? To byłabym stratna aż dwie Wigilie :)
Franek rozwiał moje wątpliwości, bo powiedział, że nie będziemy już nic kombinować i jedziemy najpierw do Miasteczka. A gdy go zagadnęłam o przyszły rok, odpowiedział: "ale za to na Wielkanoc musielibyśmy być w Poznaniu" Spoko! Na taki kompromis to ja mogę iść :) Święta Wielkanocne są dla mnie mniej rodzinne i mniej tradycyjne. Ważniejsza jest wtedy dla mnie ta sfera duchowo-kościelna i akurat wszystko mi jedno, do którego kościoła pójdę na czuwanie, święcenie pokarmu, czy uroczystą Mszę Wielkanocną :) Mam więc nadzieję, że oboje będziemy zadowoleni.
A tymczasem dopiero przyszły rok pokaże, jak faktycznie będzie, bo życie wielokrotnie już mi udowodniło, że nie ma co się zastanawiać i martwić takimi sprawami, bo wszystko się rozstrzyga w ostatniej chwili. 
Teraz więc skupiam się na tych ostatnich świętach bez Tasiemca. Kiedy wciąż jeszcze należę do najmłodszego pokolenia i kiedy prezenty dla swoich rodziców podpisuję "dla mamy" i "dla taty". Za rok wszystko będzie już wyglądało inaczej i jestem tego bardzo ciekawa, ale jednocześnie na pewno zapamiętam Wigilię tegoroczną. Choćby dlatego, że jestem na tej głupiej diecie :P Za rok sobie odbiję ;)

A tymczasem:



Życzę Wam Wigilii przepełnionej ciepłem i radością. Ciekawych, pełnych refleksji i życzliwości rozmów przy wigilijnym stole i poza nim przez kolejne dni. Niech ta magia Świąt Bożego Narodzenia urzecze i poniesie każdego - niezależnie od tego, w jakiej sytuacji życiowej się znajduje i przed jakim zakrętem stoi. Zwolnijcie, zapomnijcie o całej reszcie, skupcie się na świątecznym tu i teraz pod kolorową choinką ;)
Wesołych Świąt !