*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 5 sierpnia 2015

Urodziny na okrągło.

Jak część z Was już wie, podczas pobytu w puszczy, nieco się zestarzałam :) Przy okazji - jeszcze raz bardzo dziękuję Wam za życzenia smsowe, mailowe tudzież w innej formie! I przepraszam te z Was, którym jeszcze nie zdążyłam za nie indywidualnie podziękować, ale na pewno wkrótce to zrobię!

Stuknęła mi ta rzekomo straszna trzydziestka. Pamiętam kilka lat temu, gdy miałam jakieś 24/25 lat, pracowałam z koleżanką starszą od siebie o osiem lat i ona wspominała, jak ogromną traumą były dla niej trzydzieste urodziny. Mówiła, że cały dzień przepłakała. Nie mogłam tego zrozumieć, a ona mówiła, że może zrozumiem za parę lat, w dniu swoich trzydziestych urodzin. No więc nadal nie rozumiem :) Nie mam żadnych kompleksów na punkcie swojego wieku, nie czuję się stara, nie czuję też upływu lat, a więc nie mam też powodów, aby rozpaczać z powodu tego, że lat mi przybywa. Jest to dla mnie naturalna kolej rzeczy po prostu, a dzień urodzin niezmiennie jest dla mnie moim świętem i jednym z ulubionych dni w roku :) Czuję się dobrze - ani stara, ani młoda, po prostu jestem sobą, a rok w te czy wewte nie robi mi różnicy. Można powiedzieć, że ja sobie a metryka sobie :)
Przyznam, że trochę mnie nawet drażni, kiedy ktoś dzwoniąc do mnie z życzeniami (na przykład szwagier :)) podkreśla, jakie to straszne, że ten czas tak leci i że się starzejemy i żebym się cieszyła, tą trzydziestką, bo za moment już będzie znowu gorzej itp :P Mam wrażenie, że bardziej przeżywa to, że się starzeję, niż ja :P

W każdym razie mnie cieszy mimo wszystko ta trzydziestka. Jest taka okrągła i w sam raz. Łączy w sobie pewną dojrzałość i zdobyte doświadczenia ze świeżością, nadzieją na dobrą przyszłość i poczuciem, że nadal wszystko jeszcze przede mną. Ale nie czuję absolutnie, że przekroczyłam jakąś granicę albo że osiągnęłam jakiś konkretny punkt w życiu. Mimo wszystko tegoroczna inwentaryzacja już nie wypada dla mnie tak pomyślnie jak ta z roku ubiegłego. Niestety na stronę tego, czego nie mam przeszła moja ukochana praca, więc teraz nie mam nie tylko mieszkania i psa, ale także zatrudnienia... Nadzieja i wiara też jakby nieco mniejsze, choć nadal są, bo bez nich to pewnie i mnie by nie było ;) No i kilka kilka kilogramów również straciłam, ale to akurat jest pozytywna strata ;)
Nie mam też Tasiemca, ale za to mam Wikinga, a to przecież bardzo dużo. I cieszę się, że w ten trzydziesty rok życia weszłam już razem z nim - zawsze będzie łatwiej liczyć :D Reszta się na szczęście nie zmieniła i wciąż mam wokół siebie sporo życzliwych ludzi, którzy pamiętali o mnie w tym szczególnym dla mnie dniu, a w sobie sporo energii i nadal jeszcze pozytywnego myślenia. Tradycyjnie wzbogaciłam się też o parę drobiazgów :)



Kosmetyki, biżuteria, kwiatek do posadzenia i ciasto do zrobienia (to to kolorowe :)). Nie mogło się też obejść bez książki od Franka, która została jednak w Podwarszawie. A prawdziwą wisienkę na tym urodzinowym torcie stanowi prezent od męża, jakim jest popołudnie w SPA! Franek mówi, że na ten prezent miał już chrapkę w grudniu, ale się wstrzymał. I całe szczęście, bo teraz jest mi on potrzebny o niebo bardziej niż przed porodem! Oczywiście wtedy też byłby do wykorzystania przez cały rok, ale to właśnie teraz prezent w postaci świadomości, że któregoś dnia będę mogła sobie pójść na jakiś relaksujący masaż albo inny przyjemny zabieg kosmetyczny, zostawiając chłopaków samych, jest szczególnie budujący! Tylko mam wyrzuty sumienia, że prezent do tanich nie należy. Ale w sumie to tym bardziej - bo wiadomo, że sama bym go sobie na pewno nie zasponsorowała :) Już się nie mogę doczekać! Jeszcze nie wiem kiedy, ale nadejdzie pewnie taki smutny, szary, dobijający czas, kiedy moje akumulatory będą na gwałt potrzebowały doładowania i wtedy wyciągnę asa z rękawa w postaci tego bonu podarunkowego właśnie :)
Co ciekawe, nigdy tego rodzaju prezenty nie robiły na mnie większego wrażenia. Do kosmetyczki chodziłam sama i nie potrzebowałam prezentu w takiej postaci. Teraz jednak to się trochę zmieniło, bo taki prezent jest dla mnie zarazem obietnicą czasu spędzonego jedynie w swoim własnym towarzystwie. Kiedyś tego nie potrzebowałam. Teraz kiedy mam przy sobie takiego zewnętrznego Tasiemca, każda taka chwila jest na wagę złota. Jakiś czas temu, chyba jeszcze w tym najtrudniejszym okresie przeszło mi raz, czy dwa przez myśl, że fajnie byłoby taki prezent dostać. I nie doceniłam chyba swojego męża, bo uczciwie przyznam, że nie spodziewałam się, że sam mógłby na taki pomysł wpaść - wydawało mi się to nie w jego stylu (to trochę takie pójście na łatwiznę, kupno "gotowca" a on zawsze lubił się trochę bardziej wysilić). W tym wypadku jednak absolutnie łatwizną to nie jest, bo Franek doskonale wpasował się w moje potrzeby na chwilę obecną, bo bardzo możliwe, że na przykład dwa lata temu ten prezent nie ucieszyłby mnie aż tak bardzo jak w tym roku. Jak zwykle okazało się, że ma świetne wyczucie jeśli chodzi o prezenty...

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

W ogrodzie i w puszczy.

Jak już wspomniałam, pierwszy tydzień wakacji spędziłam razem z Wikingiem i moimi rodzicami w okolicach Puszczy Kampinoskiej. Chcieliśmy znaleźć jakieś gospodarstwo agroturystyczne, które będzie się nadawało na pobyt z niemowlakiem i które jednocześnie będzie stosunkowo niedaleko, bo myśleliśmy, że dwa razy w tygodniu trzeba będzie jechać na rehabilitację. 
Znalazłam więc kwaterę niecałe 40 km od Podwarszawia, która spełniała nasze oczekiwania - miała jeden pokój trzyosobowy, ale z dużym łóżkiem, tak, że mogłam spać z Wikingiem. Poza tym było tam też miejsce na wózek, łóżeczko turystyczne, był aneks kuchenny a w łazience oprócz prysznica była wanna, co jest naprawdę rzadko spotykane, a nam bardzo ułatwiło kwestię kąpieli Wikinga. W porównaniu do innych miejsc, o które się pytałam, było tam bardzo tanio - za nas troje plus dziecko zapłaciliśmy tylko 100 zł za dobę. Ta cena początkowo wydawała nam się nieco podejrzana, trochę się z mamą bałyśmy o warunki, ale zdjęcia źle nie wyglądały... Stwierdziliśmy, że nie mamy nic do stracenia - nie wpłacaliśmy żadnej zaliczki ani nic, więc mogliśmy tam pojechać, a jakby się okazało, że coś jest nie tak, to się ewakuować gdzieś indziej.
Jednak nie mamy szczególnie dużych wymagań - najważniejsze jest dla nas, aby było czysto, a tak naprawdę ja zawsze zwracam uwagę na łazienkę. Jeśli jest czysta, schludna, zadbana i w miarę nowoczesna (czyli raczej kafelki i ceramika, a nie linoleum i plastik), to już jest ok. Od razu po przyjeździe więc zlustrowałyśmy łazienkę, która nas w pełni zadowoliła :) Pokój też był w porządku - był wspomniany aneks, lodówka, kilka naczyń, mały telewizor, stół, krzesła, szafa, półeczki i lampki nad łóżkami oraz wystarczająco dużo miejsca, żeby rozstawić łóżeczko dla Wikinga, które służyło nam także za kojec.
Standard nie był powalający, ale rzeczywistość była zgodna z tym, co widzieliśmy na zdjęciach - ot, lata 70-80te powiedzmy :) Ale akurat nam to nie przeszkadzało. Było czysto i to wystarczyło, wyposażenie nie musiało już być dla nas super nowoczesne. 
Pokój był w takiej przybudówce, wychodziło się z niego od razu na podwórko. Tam jedliśmy przy stole ogrodowym większość posiłków i spędzaliśmy większość czasu w ogrodzie na tyłach domu. Ogród był przepiękny - rosło w nim mnóstwo kolorowych kwiatów, na które nie mogłam się napatrzeć.W ramach atrakcji mieliśmy do dyspozycji miejsce na rozpalenie ogniska bądź grilla, niewielki basen i huśtawkę ogrodową, która była świetnym patentem na marudzącego Wikinga :) Uwielbiał się huśtać. Była tam też zjeżdżalnia, piaskownica i trampolina, ale to akurat nie do końca trafiło w naszą kategorię wiekową :)
Jak na gospodarstwo agroturystyczne przystało, po obejściu kręciły się dwa psy, kot i kury. Co chwilę słychać było pianie koguta albo muczenie krów sąsiadów. Było tak, jak powinno być na wsi! Przypomniały mi się wakacje u mojej babci! Tak naprawdę jedynym mankamentem były kurze odchody na podwórku, ale przecież się z tym liczyłam. Jako miastowa pańcia uważałam bardzo, żeby w nic nie wdepnąć, ale generalnie aż tak mi to nie przeszkadzało. Za to kury to było coś, co Wiking lubił najbardziej, chyba nawet bardziej niż huśtawka. Bo kiedy ta zawodziła np. wieczorem tuż przed kąpielą, kiedy Dzieciak najbardziej jęczy, to zawsze można było podejść do kurek, na które Wikuś mógł się gapić i gapić. Zresztą jeśli o dziecko chodzi, to ten kontakt z naturą zdecydowanie przypadł mu do gustu. Lubił, kiedy trawa łaskotała go w nóżki, delikatnie dotykał kwiatów, miętosił trawę i liście. Takie wakacje to był raj dla jego zmysłów. A dla nas możliwość oddania się lenistwu totalnemu, bo naszym jedynym obowiązkiem było doglądanie Wikinga kiedy bawił się sam, bądź zapewnianie mu rozrywki, kiedy nie był samowystarczalny.

Mieliśmy tam również możliwość wykupienia obiadów, co też uczyniliśmy. Obiady kosztowały 17 złotych i składały się z zupy i drugiego dania, czyli tak, jak u nas w domu :) Smakowały zresztą też po domowemu - robiła je sama gospodyni ze swoją mamą. Trochę się obawialiśmy, czy nie będzie za tłusto, bo my w domu jadamy raczej lekko i stosunkowo zdrowo, a tak "po ludziach" to różnie bywa. Zresztą przecież "domowe obiady" często kojarzą się (uważam, że niepotrzebnie) z tłustą zupą zagęszczaną śmietaną z mąką, kopcem ziemniaków i schabowym smażonym na głębokim tłuszczu. A tymczasem to było miłe zaskoczenie. Zupy były raczej lekkie i nawet nie zawsze gotowane na mięsie. Mięso było co drugi dzień i nie tylko smażone a także pieczone i duszone. Oprócz tego gospodyni zrobiła również pierogi (ruskie i z jagodami) oraz naleśniki z serem. Jako dodatek zawsze była jakaś surówka, ogórek kiszony bądź cukinia po obróbce termicznej. Pani pytała nas o preferencje a czasami dorzucała coś "w gratisie" na śniadanie lub kolację - jakieś ogórki albo kawałek świeżo upieczonego ciasta z wiśniami. Naprawdę bardzo sobie te posiłki, jak i samo rozwiązanie chwaliliśmy - bo co to za wakacje, kiedy trzeba się zastanawiać, co zjeść, a potem sterczeć dwie godziny nad garami? :)                                                                                                                        

Jak już wspomniałam, wakacje były ukierunkowane na relaks i lenistwo. Wikingiem zajmowaliśmy się na zmianę (chodziliśmy z nim na huśtawkę, oglądaliśmy kurki, bawiliśmy się klockami bądź po prostu służyliśmy za sprzęt wspinaczkowy lub pilnowaliśmy, żeby Wiking nie szedł tam, gdzie nie wolno), a w czasie wolnym, każde z nas zajmowało się swoimi sprawami - czytaliśmy książki, zajmowaliśmy się obliczeniami (to ja i tata - wszak po kimś to zamiłowanie do buchalterii odziedziczyłam ;)), drzemaliśmy, szydełkowaliśmy (no, to tylko ja) i rozwiązywaliśmy krzyżówki. Tak wyglądała jedna połowa naszego dnia - do lub po obiedzie. Druga połowa to był czas na wycieczki i spacery.

Spacerowaliśmy po okolicy, robiliśmy piesze wycieczki do sklepu na lody a także wyjeżdżaliśmy na zwiedzanie. Pojechaliśmy na przykład do Żelazowej Woli, gdzie obok dworku (naszym zdaniem niespecjalnie wartego obejrzenia, a już na pewno nie za 20 zł, na szczęście byliśmy tam w środę, gdy wstęp jest bezpłatny) jest przepiękny park, po którym można spacerować i spacerować. Obowiązkowo podjechaliśmy też na jeden z parkingów przy Puszczy Kampinoskiej, skąd ruszyliśmy pieszo szlakiem turystyczno-edukacyjnym w głąb puszczy. Wspaniale się maszerowało, pogoda sprzyjała i brak innych ludzi również :) Byliśmy także w Sochaczewie i choć z możliwych obiektów do zwiedzenia było więcej, poszliśmy zobaczyć tylko odrestaurowane ruiny zamku książąt mazowieckich. Jednak to miasteczko bardzo nas ujęło swoim trudnym do opisania uroczym klimatem. Większość czasu spędziliśmy w kawiarni na rynku racząc się słodkościami (Wiking jabłkiem z marchewką na przykład :P) i popijając je kawą mrożoną oraz kontemplując sielską atmosferę - mimo, że było to środek dnia a wokół toczył się normalny ruch samochodowo-pieszy. Zdecydowanie chciałabym tam jeszcze pojechać. Podobnie zresztą, jak do puszczy. Być może uda nam się zrobić choć jednodniową wycieczkę, wszak to tak blisko...

Zresztą dzięki tej małej odległości, Franek, który miał środę wolną, przyjechał do nas w dniu moich urodzin, to jest we wtorek popołudniu. Świętowaliśmy trochę przy grillu, a potem gdy najmłodsi i najstarsi poszli spać, poszliśmy posiedzieć trochę we dwójkę na huśtawce . Środę Franek spędził z nami - pojechaliśmy do Żelazowej Woli a później korzystaliśmy z ładnej pogody chlapiąc się chwilę z Wikingiem w basenie i wystawiając się na słońce. Późnym popołudniem Franek musiał nas niestety opuścić.

Podsumowując, to były prawdziwe wakacje! Naprawdę je odczuliśmy - zwłaszcza moi rodzice, bo po przyjeździe do Miasteczka, mimo, że ich urlop jeszcze trwał, było zupełnie inaczej. Mieliśmy sporo różnych spraw do załatwienia, poza tym, jak już pisałam, Wiking się nam troszkę rozchorował, więc ten tydzień minął nam w oka mgnieniu. Ale najważniejsze, że urlop z prawdziwego zdarzenia też jednak był :) A jak z prawdziwego zdarzenia, to i pamiątki musiały być :P Ja sobie kupiłam piórnik... Myślę, że jak zobaczycie zdjęcie, to zrozumiecie, dlaczego nie mogłam się mu oprzeć ;) Franek zawiózł do domu podkładkę pod myszkę w podobnej kolorystyce, a dla Wikinga - choć tak po prawdzie, to dla całej naszej trójki sprawiliśmy sobie płytę, którą się teraz codziennie delektujemy.



Moi rodzice:


Pamiątki :)