*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
Zapewne pamiętacie jak reaguję na białe fartuchy. A kto nie pamięta – pisałam o tych traumatycznych przeżyciach w maju. Wczoraj nadszedł ten wielki dzień i doczekałam się wreszcie
terminu jaki mi wyznaczono na wykonanie badania pola widzenia. No to
poszłam. Byłam zapisana na jedenastą, ale oczywiście to nie byłoby
normalne jakby mnie wywołano punktualnie
Weszłam do gabinetu dwadzieścia minut później. No i się zaczęło.
Nie wiedziałam wcześniej jak wygląda to badanie, ale wszyscy mówili,
że nie ma czego się bać. Zagubiona nawet mówi, ze lubi to badanie. Dla
niewtajemniczonych. Polega ono na tym, że trzeba przysunąć głowę do
takiego białego półkola, zasłaniają jedno oko a w rękę dają joystick. I
na tym białym tle co jakiś czas pojawiają się świetliste punkciki różnej
wielkości i o różnym natężeniu. Jak się je zobaczy to trzeba wcisnąć
guziczek. Badanie trwa po siedem minut na każde oko. No więc, strasznie
rzeczywiście nie było, ale żeby wątpliwości nie było – ja tego badania
nie lubię :) Po pierwsze było mi bardzo niewygodnie – w tej pozycji mój
krzyż był wybitnie przeciążony i plecy, które dawno mnie już nie bolały,
dały mi się we znaki. Po drugie już sama nie wiedziałam, czy ja widzę
te punkciki, czy mi się mieni w oczach
Ale to nic, później było gorzej.
Niektórzy boją się igieł, inni nie potrafią łykać tabletek… Jeśli o
mnie chodzi mogą mnie kłuć ile chcą, tabletki mogę połykać kilogramami.
Ale… wara od moich oczu
Po prostu na samą myśl, że ktoś mi coś będzie przy nich robił,
zachodzą mi łzami. A na widok kropli do oczu dostaję „powiekościsku” To
jest odruch bezwarunkowy. Kiedy pielęgniarka chciała zakropić mi oko,
tylko trochę trafiło pod powiekę
Odruchowo odchyliłam głowę i zamknęłam oko
Pielęgniarka powiedziała tylko „ooo, z panią to będzie ciężko”
Później miałam się położyć na kozetce i tam znowu zakrapianie –
znieczulanie oka, musiałam dostać potrójną dawkę hihi. Pani doktor, nie
wiem właściwie co robiła, w każdym razie chciała przyłożyć mi jakiś
przyrząd do oka, ale musiała na pomoc poprosić pielęgniarkę
Pani doktor była dość nieprzyjemna, ale jak zobaczyła z kim ma do
czynienia, była słodka jak miód :): „No rybeńko, nie ma się czego bać,
proszę patrzeć na palec, oo tak, dobrze, teraz drugie oczko… chwileczkę…
chwileczkę… no już, ale patrzymy na palec, na palec patrzymy, no ale
jak pani może patrzeć na palec jak ma pani oko zamknięte…” Hihi, miło
było się poczuć znowu jak pięcioletnie dziecko :)Wiecie ja się naprawdę
starałam, ale to jest silniejsze ode mnie, a co do tego palca.. Dopóki
nie powiedziała mi, że mam zamknięte oko, mnie się naprawdę wydawało, że
ja ten palec widzę hehe. No to przeżyłam kolejną wizytę u białego
fartucha i to w dodatku tego od oczu. Ale… w grudniu mam badanie
powtórzyć. Ehhhh.
Miłej soboty życzę.
Nie chcę tu znowu nadmiernie euforycznie się wyrażać, bo jak to zrobiłam szóstego sierpnia to mnie potem los pokarał za brak stoicyzmu
Ale delikatnie chciałam wspomnieć, że nareszcie nastrój mam lepszy.
Może wreszcie przestanę kwękać jak to ostatnio mi się zdarzało
Nie powiem, że wszystko idzie jak po maśle i parę zmartwień jeszcze
zostało, ale na razie czarne myśli mnie nie nawiedzają. A przede
wszystkim nareszcie dogadaliśmy się z Frankiem. Wisiało nad nami parę
tematów i nareszcie wczoraj sobie wszystko wyjaśniliśmy. Od razu lżej mi
się zrobiło. I w ogóle nie wiem skąd ja miałam takie dziwne myśli, czy
my na pewno powinniśmy być razem. Poza tym na razie przestałam się tak
stresować magisterką, bo ostatnio idzie mi całkiem nieźle. Jak tak dalej będzie to do końca tygodnia będę miała cały rozdział – dwa tygodnie wcześniej niż zakładałam.
Czy
zdarzyło się Wam kiedyś lecieć na przykład na Syberię i pomylić
samolot? I dajmy na to poubierani w takie zimowe kurtki i grube spodnie
lądujecie w Afryce? Wychodzicie a tu się na Was patrzą jak na przybysza z
innej planety? No dobra, baaardzo hipotetyczna sytuacja, mnie się nie
zdarzyło
Ale wczoraj się tak właśnie czułam. Wychodzę z biura – zmarznięta i
nadal trzęsąca się z zimna. Idę sobie tak w podkoszulce, bluzce,
sweterku i kurtce. Mija mnie jedna laska – w koszulce na ramiączkach,
druga – w krótkiej sukience i sandałach, w końcu jakiś gość ubrany na
letniaka. No normalnie czułam się jak Eskimos w rzeczonej wcześniej
Afryce… Było mi zimno!! Mnie zawsze jest zimno a na dodatek wczoraj
byłam totalnie przeziębiona. Nadal jeszcze
choruję, ale zdecydowanie jest lepiej niż wczoraj. Z czego się cieszę,
bo chyba nie umiałabym się przyznać szefowi, że się rozchorowałam
Śmieszna
sprawa – w piątek idę wreszcie na to badanie pola widzenia. No i od
zeszłego tygodnia maltretuję szefa, żeby załatwił wreszcie z ZUSu
legitymacje ubezpieczeniowe (mogliśmy je dostać jako firma dopiero po
całej rewolucji marcowej). Poszłam mu nawet po wniosek, wypisałam go,
ale odebrać już musiał on sam. No i mu tak jęczałam – w zeszłą środę.
Potem w czwartek. W piątek rano zadzwoniłam, żeby się znowu przypomnieć.
W poniedziałek zapytałam słodkim głosem: „I co udało się załatwić
książeczki?” R. klepnął się w czoło i powiedział, że zaraz pojedzie…
Potem musiałam się jeszcze raz przypomnieć. I we wtorek R stawia przede
mną cały stosik legitymacji. A ja w środę chora. Normalnie jakbym się
tak rozłożyła totalnie, to bym się chyba ze wstydu gdzieś zakopała, bo to by wyglądało jakbym z premedytacją czekała tylko na te książeczki, żeby się rozchorować i pójść na L4
Oczywiście śmieję się, bo on chyba wie, że nie mam takiej mocy żeby na
zawołanie chorować a o oszustwo raczej mnie nie podejrzewa (chociaż kto
tam wie :)). Ale czułabym się niefajnie. Śmieję się, że niezły tupet bym miała
Więc trochę mi ulżyło jak się dzisiaj obudziłam bez stanu podgorączkowego…
OGŁOSZENIE!
Nadal
poszukuję kogoś z dostępem do biblioteki w Krakowie. Ale jeśli nie, to
może chociaż ktoś ma dostęp do biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego?
Tam jest druga książka, która zawiera parę przydatnych dla mnie
rozdziałów…