*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

niedziela, 31 stycznia 2016

Styczniowe podsumowanie na kolorowo :)

Postanowiłam podzielić się z Wami moją radosną twórczością :) Tak wyglądał miesiąc styczeń w moim kalendarzu:






Jak widać, czasami miałam więcej czasu i chęci na kolorowanie, innym razem mi tego brakowało, ale mam plan, żeby jeszcze to nadrobić i dokończyć :) Obrazek ze smokiem pomagał mi kolorować Wiking, choć na zdjęciu nie jest to aż tak widoczne :) A te guziki poniżej są ze strony początkowej, koloruję je więc stopniowo.

To sobie znalazłam rozrywkę nie? :P Coś w tym jest takiego, że wciąga, chociaż oczywiście na co dzień nie mogę poświęcić za wiele swojego wolnego czasu (w ilościach znikomych). Koloruję bez większego pomysłu, ot tak pod wpływem chwili. Czasami muszę rezygnować z jakiegoś koloru, bo Wiking stwierdza, że akurat potrzebna mu właśnie ta kredka, którą trzymam w ręce :D Nie będę taka, ustępuję mu.

A tak poza tym - styczeń minął w tempie ekspresowym! Generalnie był to miesiąc całkiem dla mnie udany. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby nasze życie toczyło się tak dalej. Okazało się, że było łatwiej pod względem emocjonalnym niż się spodziewałam. I w ogóle chyba te rewolucyjne zmiany przyszły nam łatwiej, niż myślałam, chociaż nie powiem, że tak zupełnie bezboleśnie. Po prostu je zaakceptowaliśmy i staramy się dopasować do nowej rzeczywistości, i w miarę potrzeby naginać ją do siebie.
Przed rozpoczęciem pracy udało mi się zamknąć projekt "porządki generalne" w domu, co mnie bardzo cieszy, bo lepiej mi się teraz żyje ze świadomością, że wszystko jest na swoim miejscu. Przeczytałam w styczniu cztery książki (a że książka książce nierówna dodam, że łącznie było to 1884 strony). Zaliczyliśmy już odwiedziny moich rodziców, wujka, dziadka i siostry - i sama się zastanawiam, ile wobec tego mieliśmy weekendów, skoro były też takie, które bardzo przyjemnie spędziliśmy we własnym sosie. Mam wrażenie, jakby się rozmnożyły :D 
W pracy poznałam mnóstwo osób i powoli wdrażam się w swoje obowiązki. Liczę na to, że będzie ich przybywało, że stopniowo będę sobie wszystko organizować i za jakiś czas okaże się, że jestem niezastąpiona :)
W domu z kolei osiągnęliśmy względną harmonię. Spędzam teraz mniej czasu z Wikingiem, ale przyznam, że mam wrażenie, że jest on bardziej wartościowy. Po prostu w tych momentach, które mamy dla siebie skupiam się w 100% na Wikusiu - bawię się z nim, wygłupiam, przytulam. Nie myślę o tym, że coś jeszcze muszę zrobić albo że mam ochotę na coś innego, bo to jest chwila, którą chcę spędzić z dzieckiem. Okazuje się więc, że wszystko może mieć dobre strony.
I nawet blogowo wyszło dużo lepiej niż się spodziewałam, bo myślałam, że będę zmuszona zamilknąć, a tymczasem okazuje się, że pisanie idzie mi nadal całkiem nieźle. Prawdę powiedziawszy mam wrażenie, jakby to spora część blogosfery wyszła z domu i rozpoczęła teraz pracę, bo jakoś tak cicho jest u wielu z Was a i u mnie ruch zdecydowanie się zmniejszył. Najbardziej zauważalny jest brak niegdyś zawsze obecnych. Czasami zastanawiam się, gdzie się podziałyście :) Codziennie w pracy przy śniadaniu albo w przerwie obiadowej zaglądam do Was za pośrednictwem telefonu i nie mam co czytać! Tylko nieliczne z Was się ostatnio odzywają. Ale mam nadzieję, że to chwilowe :)
W każdym razie, to był całkiem dobry początek roku. Mam nadzieję, że pozostałe jedenaście dwunastych będą przynajmniej tak samo dobre!

sobota, 30 stycznia 2016

Przy sobocie.

Pisałam ostatnio, że nie wiem, czy będę jeździć w soboty z Wikingiem na zajęcia sama, bo dojazd komunikacją miejską jest trochę gorszy i nie wiem, jak Wikuś go zniesie. 
Nie byłabym sobą, gdybym odpuściła :) Oczywiście musiałam ten dojazd przetestować i pojechaliśmy. I teraz już wiem, że nawet pomimo tego, że może wychodzić nawet ponad godzinę w jedną stronę (bo to zależy od tego, czy połączenia nam się skomunikują) to będziemy jeździć :) Trochę się bałam, czy się Wiking nie będzie niecierpliwił siedząc tyle czasu w autobusach albo tramwajach, ale okazało się, że zachowuje się wzorowo :) Siedzi grzecznie, rozgląda się i obserwuje. Korciło go, żeby nacisnąć guzik służący niepełnosprawnym, ale pokręciłam głową, że nie i odpuścił. Za chwilę znowu wyciągnął rączkę i sam pokręcił głową, że nie wolno ;P Jak go jazda znużyła, to sobie przysnął. W każdym razie podróż przebiegła nam bez żadnych komplikacji. A ja sobie poczytałam :)
Na zajęciach Wiking był w doskonałym humorze i wszystkich zaczepiał. Inni rodzice dziwią się nawet, że on taki kontaktowy jest i nie boi się obcych. Ale po prostu towarzyskie dziecko mamy i kiedy wokół jest dużo ludzi, on jest w swoim żywiole.
Fakt, że przez taki wypad pół soboty mamy z głowy (wyszłam z domu po 10 i wróciłam po 15), ale muszę powiedzieć, że jest to dla mnie taka przyjemność (a jak jeszcze jest tak piękna pogoda jak dziś, to już w ogóle!), że wcale nie patrzę na to w tych kategoriach, bo po prostu odpoczywam w ten sposób. Przyznam, że nie sądziłam, że tak bardzo można cenić sobie czas spędzany poza domem z dzieckiem. Zawsze to lubiłam i cieszę się, że nawet teraz, kiedy pracuję, mam taką możliwość. Po prostu w domu jest trochę inaczej - zawsze jest coś do zrobienia albo coś nas rozprasza. A kiedy wychodzimy, to jest to czas tylko dla nas, może to dziwne, ale czuję wtedy, że więź między nami jest najsilniejsza - niezależnie od tego, czy jesteśmy tylko we dwoje, czy razem z Frankiem (wtedy jest jeszcze lepiej, bo całkiem rodzinnie).

A tak poza tym, to chciałam napisać, że mam już dość zimy i bardzo chciałabym, żeby już zostało tak, jak teraz :) Kiedy wraz z początkiem roku przyszła zima z silnymi mrozami, pomyślałam sobie - "no dobra, niech jej będzie, nie jest tak źle, raz w roku można przeżyć..." Myślałam tak sobie również, kiedy mróz trochę odpuścił, za to zrobiło się biało. Ale co za dużo to niezdrowo - tydzień mrozu i tydzień śniegu wystarczy :)  Trzeci zimowy tydzień działał mi więc już na nerwy. Podtrzymuję, że zima mogłaby dla mnie nie istnieć! I nikt mnie nie przekona, że byłoby nudno albo że zima może być fajna... Wiem, ze zimy w ostatnich latach to i tak nie zimy (i bardzo dobrze!), ale ja to bym chciała, żeby temperatura w ogóle nie spadała poniżej 10 stopni. 
Dzisiaj było tak pięknie! Właściwie wiosennie - ciepło i słonecznie. I świat od razu lepiej wygląda. Cieszyłabym się, gdyby już tak zostało, ale niestety słyszałam, że zima ma jeszcze wrócić w lutym :/ Poza tym od paru tygodni zauważyłam taką prawidłowość, że sobota jest piękna, a niedziela szara bura i ponura... Ciekawe jak będzie jutro, ale raczej spodziewam się podtrzymania tej tendencji...