*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
Co
ta kumulacja robi z ludźmi? Przechodziłam dzisiaj koło kolektury a tam
kolejka aż na ulicę. Tak jakby kumulacja zwiększała prawdopodobieństwo
wygranej:) Dlaczego tyle osób, które normalnie nie grają w totka
wysyłają zakład? Bo więcej kasy? Dla mnie wygrać trzy miliony to to samo
co wygrać trzydzieści
To są tak abstrakcyjne sumy, że nie mieszczą się w moim łebku. Ale
Franuś oczywiście zadzwonił do mnie dziś, że musimy wysłać nasze liczby.
Puknęłam się w czoło. I wysłaliśmy
Ale mnie tam wystarczyłoby wygrać jakieś trzysta tysięcy, żeby mieszkanko jakieś kupić. Albo stówę chociaż.
A
tak serio– wiadomo, że bez pieniędzy żyć się nie da. Ale ja uważam, że
jak jest za dużo,to też niedobrze. Znam parę osób, które mają dużo. I
nie chciałabym się z nimi zamienić. Mnie się marzy, żeby mieć tyle,
żebym nie musiała się martwić za bardzo na co dzień. Żeby starczało mi
na jedzenie, ubrania i drobne przyjemności. Jeśli będę miała samochód,
mieszkanie i będę w stanie zaoszczędzić sobie przez rok trochę pieniędzy
na coś ekstra, będę szczęśliwa. Pierwsze już mam
Nie jest źle. U mnie w domu pieniędzy nie brakowało, ale też nie
zbywało.Jestem przyzwyczajona, że jest w sam raz. Więcej nie potrzebuję
Więc chyba dobrze, że nie wygraliśmy
A tymczasem przydałoby się oszczędzać na to „coś ekstra”
Ale nie jutro, bo jutro robię sobie wagary. A tak. W tamtym tygodniu
Ania była na urlopie, w tym czasie ja musiałam przychodzić wcześniej do
pracy i robić raport. W poniedziałek i piątek,kiedy jestem u R., też –
po prostu musiałam jechać do centrum, zrobić co trzeba a potem jechać do
R. za miasto. Wczoraj Ania miała już być, ale w sobotę zadzwoniła, że
jest taka ładna pogoda, że prosi i że się odwdzięczy
I pojechałam jeszcze wczoraj zrobić ten raport. Z całego weekendu. Z
trzech punktów. Dziewięć raportów. I dlatego jutro mam wolne
Jedziemy sobie z Franusiem nad jezioro. Ale się cieszę, bo tak w
weekend narzekałam na Franka,że w pracy jest i nie pojedziemy nigdzie. A
tu się tak ładnie złożyło. Tak więc jutro nie zarabiam. Jutro się
obijam. Najwyżej zagramy w totka jutro
Jak ja lubię takie weekendy kiedy nic nie muszę robić, załatwiać żadnych spraw, nigdzie jechać (no chyba że do domu
), słowem, kiedy nie mam żadnych planów
Franek był w pracy, więc weekend spędziłam czytając nad Wartą i
korzystając ze słońca. A wieczorami drinkowałyśmy. Co prawda nie do
końca wyszło tak jak planowałyśmy, bo z Justyną napiłyśmy się trochę w
piątek a kontynuacja miała być w sobotę po powrocie Doroty. Ale jakoś
wczoraj dziewczyny przymulone były. Ale tak to już jest, że jeśli chodzi
o picie, to najlepsze są spontany.Wypiłyśmy parę drinków, od malibu z
mlekiem, przez gorzką żołądkową z sokiem grejpfrutowym (btw malibu z
grejpfrutem też całkiem niezłe
)
po malinówkę domowej roboty. Ale efektu betonu nie było i w miarę
trzeźwe poszłyśmy spać. A szkoda. Nawet naszła mnie ochota na jakąś
imprezę na mieście, ale nie miałam z kim. Nawet do Franka zadzwoniłam i
mu się nie chciało. Raz na rok zachce mi się iść do klubu i nie ma z kim
no! No cóż, trudno. Ale nie narzekam, bo przynajmniej niedzieli nie
miałam wyjętej z życiorysu
I mogłam znowu nad Wartą posiedzieć. Wiem, ze wszyscy narzekają na
upały, ale ja nie! Ja się mogłam nareszcie powygrzewać na słoneczku i
wyrównać trochę opaleniznę. Za to teraz zdycham. Strasznie mi gorąco,
mimo że siedzę w mojej leciutkiej satynowej piżamce. To chyba od
komputera tak grzeje, więc będę kończyć
A tak na zakończenie zostawię fotkę z wesela
Margolka i Franuś w prawie całej okazałości. Naszymi pięknymi pyszczkami nie będę się chwalić
Ech wybili mnie z rytmu
Siedzę w pracy u R. a tu nagle wpada cała banda – z R. na czele. A za
nim Ala, brat i bratanica R. Jadą na wakacje nad morze a po drodze
wstąpili do firmy… sama nie wiem po co, żeby zrobić zamieszanie chyba
Powygłupialiśmy się trochę i pojechali, ale teraz nie pamiętam co
robiłam zanim weszli, więc stwierdziłam, że może jakąś notkę wykombinuję
Wczoraj
pojechała mama. Bo miała jeszcze trochę urlopu, więc przyjechała do
mnie we wtorek. Połaziłyśmy po sklepach trochę, poszłyśmy do kina i
takie tam. A w środę, z racji tego, że ja musiałam iść do pracy, Franek
zajął się moją mamą. Wziął ją nad Maltę, na Stary Rynek i gdzieś tam
jeszcze. W każdym razie aż się mamie pęcherze porobiły na nogach:) A ja
się cieszę, że się dogadują. Że Franek w ogóle sam zaproponował, że
weźmie moją mamę, a mama się bez problemu na to zgodziła – bo to znaczy,
że nie krępują się takiej sytuacji. Dobrze wróży na przyszłość
Jego rodzice wobec mnie też są w porządku. Zwłaszcza tato za mną przepada
Chyba dlatego, że nigdy córki nie miał
Zawsze o mnie pamiętają, pomogą. Na razie się dobrze zapowiada. Franek
nawet stwierdził, że nie wie skąd się bierze to gadanie o złych
teściowych. Ale ja wiem, że różnie to bywa, moja koleżanka z pracy ma
naprawdę poważny problem ze swoją teściową… Oby u mnie było inaczej. W
każdym razie wszyscy radzą, żebyśmy przypadkiem nie zamieszkali po
ślubie z rodzicami – żadnymi. Nasi rodzice zresztą też tak uważają
No, ale jeszcze się tym tak za bardzo nie martwię, bo jak już wspominałam, z kim mieszkać to ja mam
No i właśnie o tym miałam pisać. Dorota przyjechała wczoraj i poszli z Tomkiem na obiad. Obiad się przedłużył, bo wróciła po 21
Z browarkami. Tak na dobry sen wychyliłyśmy po jednym. Na razie wygląda, że jest dobrze. Dzięki za Wasze kciuki
Oby tak dalej. Dzisiaj wyjeżdżają ze wspólnymi znajomymi na jeden
dzień pod namiot. Jutro już Dorota wróci i mam nadzieję, że z
pozytywnymi wieściami.
A
tymczasem dzisiaj przyjeżdża nasza koleżanka z liceum, Justyna. Już
dawno się umawiałyśmy, że nas odwiedzi i we trójkę sobie „zabetonimy”
jak za starych dobrych czasów
Niestety Dorota nas olała, no ale cóż… Można wybaczyć
Może jak w sobotę przyjedzie, będzie miała siłę jeszcze się czegoś napić. A na razie same będziemy musiały sobie poradzić
Dobra, wracam do papierów, bo nie wyjdę stąd dzisiaj i nici będą z betonu
Dorota
była pierwszą osobą, którą poznałam w liceum. Stałam pierwszego
września pod klasą i się strasznie głupio czułam, bo nikogo nie
znałam.Ona czuła się tak samo i dlatego podeszła do mnie i się
przedstawiła(podobno wydałam jej się sympatyczna:). Pierwszą lekcją był
angielski i już do końca liceum nie było innej opcji, żebyśmy nie
siedziały na tej lekcji razem. Pamiętam jak mi łokcie pchała na moją
połowę ławki, albo jak mnie tymi właśnie łokciami szturchała, kiedy mi
się przysnęło:)Przez pierwsze dwa lata byłyśmy bardzo dobrymi
koleżankami. Później nadal się kolegowałyśmy, ale nasze drogi trochę się
rozeszły. Kiedy liceum się skończyło, ponad
połowa ludzi z mojej klasy złożyła papiery na studia do Wrocławia. Ja
zdecydowałam się na Poznań, mimo, że było to dwa razy dalej. Kiedy
dowiedziałam się, że dostałam się na studia,,musiałam zastanowić się nad
mieszkaniem i nie miałam na to żadnego pomysłu. I wtedy dowiedziałam
się, że Dorota też będzie studiować w Poznaniu. Zadzwoniłam do niej i za
dwa dni pojechałyśmy szukać mieszkania.Zdecydowałyśmy się już na
trzecie, które widziałyśmy i w którym mieszkamy do dzisiaj. Jest
dwupokojowe, ale my mieszkamy w jednym pokoju. Ten drugi jest taki
trochę przechodni – co dwa lata zmienia się lokatorka, teraz mamy już
trzecią. A my nadal we wspólnym pokoju, łóżko przy łóżku, komputer przy
komputerze. Jakoś nie wyobrażam sobie, że miałoby być inaczej
Ani ona. Mamy szczęście, ze akurat na siebie trafiłyśmy, bo nie z
każdym można tyle czasu wytrzymać.Oczywiście, że wkurzają mnie u niej
niektóre rzeczy, tak jak ją u mnie,ale widocznie nie są one zbyt istotne
skoro ze sobą wytrzymujemy.Jeszcze pewnie nie raz będę na nią psioczyć,
ale to chyba normalne.Rodzina też nas wkurza nie?
Każda z nas ma swoje życie, swoich znajomych, swoje sprawy, a jednak
przeplatają się nasze losy w tym naszym małym mieszkanku. Nie powiem, że
jesteśmy przyjaciółkami, ale jak było źle to mogłam na nią liczyć. Jak
siedziałam w Hiszpanii i usychałam z tęsknoty, ona zawsze potrafiła
powiedzieć mi coś takiego,co mnie pokrzepiło. Jak się z Frankiem pokłócę
– jest na miejscu. Nawet kiedy nie jesteśmy obie w Poznaniu zawsze jak
się u mnie lub u niej zdarzy coś godnego uwagi – dobrego, czy złego,
wysyłamy sobie smsy.Dobrze nam się żyje. Kiedyś nawet rozmawiałyśmy, że
to jest w ogólenie możliwe,żebyśmy nie miały mieszkać razem do końca
życia i wymyśliłyśmy, że jak już będziemy miały mężów to my w jednym a
oni w drugim pokoju będą mieszkać
Doroty studia są od moich krótsze i za pół roku będzie się
bronić.Zaniepokoiłam się, co dalej. Ale niedawno przy piwku ustaliłyśmy,
że jak na razie to ona się z Poznania nie zamierza wynosić. Trzeba
będzie znaleźć coś,oprócz mieszkania i mnie rzecz jasna
, co ją tu zatrzyma
Biedna ostatnio mi się żaliła, że boi się, że starą panną zostanie. No
właśnie ja tego nie rozumiem! Tyle fajnych dziewczyn jest dookoła, mam
takie ładne i sympatyczne koleżanki, a gdzie Ci faceci? No normalnie nie
mają dziewczyny na kim oka zawiesić. Dorota to w ogóle miała jakiegoś
pecha z facetami, na samych bałwanów trafiała.
No
i ostatnio (po tym długim wstępie przechodzę do sedna sprawy:) jak
byłam na urlopie napisała mi sms, że szykuje się na randkę… Trzymałam
kciuki i randka się udała. Jedna,potem druga i wszystko było ok. A w
niedzielę zadzwoniła, że ma doła, bo ten cały Tomek ma jakąś
niedokończoną sprawę ze swoją niedoszłą narzeczoną… Echh,ale się
zmartwiłam. Tak mi szkoda jej było. Ale dzisiaj dobra
wiadomość:)Zadzwoniła, że Tomek powiedział jej, że zakończył na dobre
sprawę ze swoją byłą. Dorota strasznie się ucieszyła, ale z drugiej
strony tak do końca boi się w to uwierzyć i zaufać. Jutro przyjedzie do
Poznania a w piątek jadą razem z innymi znajomymi pod namiot. Trzymam
kciuki za nich. I Was też proszę, żebyście trzymały
Niech będzie szczęśliwa ta moja współlokatorka. No bo w końcu jak męża
nie będzie miała, to z kim mój Franek będzie mieszkał w tym drugim
pokoju?
Ale miałam fajne urodzinki
Dawno nie było mi tak miło. A zaczęło się w pracy. Przyniosłam kawałek
ciasta, żeby poczęstować współpracowników i właśnie miałam rozłożyć
je na talerze, kiedy wyrosło przede mną dwóch moich kolegów – jeden z
bukietem kwiatów, a drugi z prezentem. A za nimi jeszcze pięcioro innych
współpracowników. Byłam tak zaskoczona, że nie wiedziałam, co
powiedzieć. Nadal jestem w szoku. Nie mam pojęcia jak oni to
zorganizowali?? Wiedzieli, że mam urodziny, bo szef się wygadał, ale
przede wszystkim zdziwili się, że w ogóle przyszłam do pracy, bo
myśleli, że jeszcze jestem na urlopie. Więc skąd wytrzasnęli te kwiaty i
prezent?? Restauracja znajduje się w centrum handlowym,ale jest ono
otwarte od 11, a to była 9 dopiero. Do miasta jest
kawałek drogi, bo to raczej zadupie. Więc jak??Naprawdę byłam strasznie
mile zaskoczona. Tym bardziej, że już wcześniej u nas w firmie
pracownicy mieli urodziny, przynosili jakiś poczęstunek, ale nie
dostawali prezentów żadnych. Franuś podsumował to tak: „chyba Cię lubią”
A może to po prostu dlatego, że jestem jedną z niewielu kobiet u nas
i jedyną z biura. No jakby nie było, bardzo miło mi się zrobiło.
Z
pracy udało mi się wyjść dopiero o siedemnastej, ale to i tak nieźle,
bo siedziałam tylko osiem godzin,a nie dwanaście, jak to się czasem po
urlopie zdarzało. Pojechałam do domu, a tu Franuś pięknie stół zastawił i
zaserwował obiadek ugotowany w moich nowych garnkach do gotowania na
parze, które sprezentowali mi rodzice. Jedzonko -pychotka. A potem
jeszcze była zabawa w „ciepło – zimno” i szukanie prezentu
Wieczorek spędziliśmy przy winku i przy odbieraniu smsów z życzeniami,
których zawsze najwięcej jest pod wieczór, bo urodziłam się o 19:30
Naprawdę
urodzinki się udały jak nigdy. Tylko myślałam, że to jeszcze nie koniec
wrażeń na ten wieczór i jak się wreszcie położymy, to się Franuś mną
zajmie… Ale dla niego to już chyba było za wiele jak na jeden dzień… Nie
miałam serca go budzić
No
to jestem. Myślałam, że w czasie urlopu będę miała czas, żeby wrzucić
od czasu do czasu jakąś notkę, ale jednak nic z tego nie wyszło. Miałam
mnóstwo różnych zajęć, a czas tak szybko mijał… No i minął urlop
Dzisiaj w pracy się chyba nie pozbieram. Ale R. wie, że mam dzisiaj
urodziny, więc dzwonił rano, żebym zrobiła tylko najważniejsze rzeczy a z
resztą jakoś sobie da radę. Tylko ciekawe ile czasu zajmą mi te
najważniejsze rzeczy
A
urlop? Urlop był cudowny. Bardzo przyjemnie spędziłam ten czas. Dość
aktywnie, ale czasu na lenistwo też nie zabrakło. Pogoda w sumie
dopisała. Może spodziewałam się, że będzie trochę lepiej, ale nie
pokrzyżowała mi żadnych planów i to chyba najważniejsze
Już w sobotę wybraliśmy się z Frankiem i moją koleżanką Asią nad
jezioro. Spędziliśmy tam cały dzień, popływaliśmy i nieźle się
spiekliśmy. W następnych dniach pogoda już nie nadawała się na opalanie,
ale to nawet dobrze, bo mieliśmy inne plany. Wybraliśmy się na
wycieczkę rowerową a poniedziałek poświęciliśmy na załatwianie różnych
ważnych spraw takich jak wymiana tymczasowego dowodu rejestracyjnego i
zakup butów na wesele dla Franusia. I wybór sukienki, w której pójdę na
wesele
Z tą sukienką to niezłe jaja wyszły, bo na najbliższe wesele miałam
pójść w sukience z zeszłego roku. Przymierzyłam ją i okazało się, że
jest za duża. Jednak od zeszłego roku schudłam osiem kilo. Za to
zmieściłam się w sukienkę sprzed trzech lat a nawet w sukienkę, w której
moja siostra była dwa lata temu na swojej studniówce
A na mieście znaleźliśmy jedną sukienkę – taką typową małą czarną
tylko z białymi elementami – w której Franek się zakochał, a jeszcze
bardziej zakochał się, jak ją przymierzyłam
No i nie było rady, trzeba było kupić. W kolejne dni spotykałam się ze
znajomymi i jeździliśmy na wycieczki. Pojechaliśmy między innymi do
Kotliny Kłodzkiej i połaziliśmy trochę po górach. I wtedy ciszyliśmy
się, że nie ma upałów, bo nie dalibyśmy rady, a tak przy dwudziestu
trzech stopniach było idealnie. A w piątek udało nam się jeszcze raz
pojechać nad jeziorko.
W sobotę przyszła do mnie moja osobista fryzjerka, czyli Asia, która czesała mnie na każdą imprezę, oprócz studniówki - i dlatego nie byłam wtedy zadowolona
W godzinkę wyczarowała mi jakieś cudeńko na głowie i mogliśmy z Franusiem wyruszać do Poznania. Zajechaliśmy
zgodnie z planem i mieliśmy jeszcze godzinkę na przygotowania. O
szesnastej rozpoczęła się uroczystość. Ślub, jak to ślub, piękny. Bo jak
nie ma być piękny, skoro dwoje ludzi sobie przysięga miłość aż po grób
Ale ogólnie mieliśmy na początku całej imprezy mieszane uczucia. Nawet
Franuś przyznał, ze jest jakoś dziwnie. Chodziło głównie o to, że para
młoda ma ośmiomiesięcznego synka Kubusia. W kościele go nie było, ale
pod kościołem już się pojawił i tak naprawdę Aneta (Panna Młoda) nawet
nie słuchała życzeń od gości, tylko cały czas patrzyła co się z Kubusiem
dzieje. A jak zapłakał to w ogóle do niego poszła i nie przejmowała się
tym, że cała kolejka gości jeszcze stoi, żeby złożyć jej życzenia.
Później na weselu było podobnie, wszędzie z Kubusiem, cały czas patrzyli
gdzie on jest i co robi. I dlatego z Frankiem stwierdziliśmy, że jednak
taki dzieciaczek niepotrzebny na weselu swoich rodziców. Może gdyby był
starszy, a tak on i tak nic nie będzie pamiętał, a rodzice zamiast
cieszyć się sobą i gośćmi poświęcali mu całą uwagę. Oczywiście, że to ich
synek i to jest zrozumiałe, ale przecież to jest ich dzień! A
odnieśliśmy wrażenie, że są nieobecni duchem na swoim własnym weselu.
Później kiedy maluszek został odwieziony do domu, był już zupełnie
inaczej. Para młoda nareszcie mogła zacząć cieszyć się weselichem
Bawiliśmy się świetnie. Na początku Franuś trochę sztywny był i nie
chciał ze mną tańczyć, ale zajął się mną jego tata. A potem to już się
bawili wszyscy. Wesele miało skończyć się o czwartej, więc byłam
przerażona, bo nie wyobrażałam sobie, że dam radę wytrzymać tyle czasu, a
trzeba było czekać na autobus, bo wesele było 30 km pod Poznaniem. A
jednak jak przyszła na czwarta, to się nikomu z parkietu nie chciało
schodzić:) No i muszę się pochwalić, że Franuś stwierdził, że wyglądałam
najładniej ze wszystkich (mam nadzieję tylko, że nie ładniej od Panny
Młodej) Może to, że powiedział to Franek, nie jest aż takim
zaskoczeniem, ale wiele osób z jego rodziny stwierdziło, że wyglądam
ślicznie, a jego ciocia wręcz się mną zachwycała. Aż mnie wprawiała w
zakłopotanie, mówiąc, że wyglądam jak taka księżniczka, tak delikatnie i
arystokratycznie zarazem
Naprawdę nie
wiem czym sobie zasłużyłam na takie komplementy, ale miło było mi
strasznie. A niedziela można powiedzieć zmarnowana, bo niczego
pożytecznego nie zrobiłam
. No, rozpakowałam się. Ale cały dzień byłam nie do życia, bo nie umiem
odsypać imprez. Jak zasnęłam o szóstej, to już o ósmej miałam koniec
spania. Poszłam na spacer, wykąpałam się, zjadłam i dopiero tak około
pierwszej zasnęłam jeszcze na półtorej godzinki, ale więcej nie dałam
rady. Ale dziś jestem już rześka, z racji tego, że wczoraj położyliśmy
się już o 21.
No
i to byłoby w skrócie tyle o tym tygodniu, podczas którego nie było
mnie w świecie wirtualnym:) Dziękuję wszystkim za życzenia udanego
urlopu, bo rzczywiście spełniłu się i urlop udał się pysznie. Wesele
również i już nie mogę doczekać się września, kiedy będę bawić się
jeszcze na dwóch. Teraz wracam do szarej rzeczywistości, żeby jak
najszybciej uwinąć się z robotą. A w przerwach mam zamiar poodwiedzać
Wasze blogi, bom ciekawa co u Was słychać